Wiersze
Wiersze Michała Łuczaka. Zapisane obrazy, pytania i niedopowiedzenia — do przeczytania we własnym rytmie.
Spis wierszy
Zwiastowanie
ból wzmacnia zmysły poszerza pole widzenia odbiera myśli które nie mają przyczyny zwiastowanie właśnie następuje blady anioł stoi na baczność to o czym będą pisać toczy się w głowach zainteresowanych po ilu dawkach można spokojnie zasnąć nie czuć czterech żywiołów zastanawiali się wszyscy obdarzony myśleniem arcylogicznym z zakrzepicą i niezdiagnozowaną schizofrenią słabym sercem nie może podołać słowo kruszyło się zawsze nie mogło stać się ciałem nazbyt jest śliskie i pasujące nazbyt jasne i spodziewane nie można nim nazwać chmur ani roślin nawet cierpienie wyrażone słowem nic nie znaczy nikt w nie nie wierzy naprawdę myślą że jest lepszy sposób nie tak inwazyjny
Na wpół-wprost z głowy
czuję ciężar krzesła na którym siedzą moje smutnie formalne uciekające atomy przemawiać znów zawiłość nie – masówka brak współczesnych poetów trwałość – funkcja wyższa wulgarnie umowne znaki i spory rodziny ludzkiej wystylizowany na odosobnionego chwalebnie odizolowanego w skórze jest dobrze i niedobrze klasycy odeszli a wszystko pozostało podmiot i przedmiot meta i hemo widzialny i niechciany każdy szczegół wszystkie szczegóły brak w kolekcji obrazków świata nie ma niewinności co jest czego nie ma i czego mogłoby nie być twoja perspektywa
Na pożegnanie XX wiekowi
uczyli miłości na opak z jednoosobowym paradygmatem rozumy mieli wielkie a serca małe zarżnęli świnie krowy wystrzelali kury i kaczki książki dały im ciepło wozili kable i sznurki zabawki i rozkładane tapczany transporty kołysały się słodko z prawa na lewo z zachodu na wschód podeptali krzyże i urwali łeb Chrystusowi grali nim w piłkę do późnego wieczora aż mama zawołała na kolację jajecznica smakowała jak nigdy wyostrzone zęby wtapiały się w nią jak w masło z brody skapywał tłuszcz kropla po kropli kropla po kropli poprzestawiali zegary na czas wysoce zmienny biologicznie nie było strachu kolacja zjedzona nikt się nie złościł nie wygłaszał przemów woda zawsze spływała z gór jak od sąsiadów z wyższego piętra zostawili włączoną pralkę i zapomnieli woleli słuchać Mozarta i tak im było blisko do niego że wyrwali z zaświatów kilka żywych tonów dwie frazy i jeden następnik podliczyli i oznajmili z dumą iż metafizyka cenniejsza
Dziewczynka lat siedem
aria jak skowyt wilka dziewczynka lat siedem umiera na raka pod czwórką pod trójką grają w kulki zielone przechodziły baby przyniosły zupę krupnik wujek Staszek i siostra od Janka sok pomarańczowy ciocia Mania zawsze jest taka ciocia nie martw się dziecko odrosną ci włoski takie miałaś ładne kręcone padła żarówka kroplówka splątała się w rączce sufit jest ciągle tak samo biały znów zabrzmiało co za muzyka dobrze bierze górne partie zjedz krupniku chociaż trochę zjedz krupniku zjedz wolała jak palą jej żyły tej spod czwórki już nie dajemy naprawdę ona widzi jakieś motylki śmiechu warte niech przestanie wreszcie krzyczeć telewizji nie można oglądać wiadomości uciszcie tego bachora to zabawne że człowiek musi umierać jak pospolita świnia
Ciężar nowego malowidła
trawnik był ogromny mała mrówka prawie mniej niż nic wychylała głowę ponad szczecinę nie spłynęła na nią nawet rosa żadna łaska ani światłość ani tajemnica w swojej mrówczej osobowości potrzeba poznania niżej niż inne potrzeby najniżej zaprogramowana z błędem wadliwym genem ze skrzywionym obrazem świata nie wiadomo czy zdoła udźwignąć ciężar nowego malowidła poniżona przez podeszwę zdeptana przez niezidentyfikowaną siłę niema ofiara ironii i przyrody
Z bezsennych nocy
każesz mi wracać w progi nieznajome i chwytać listy jak motyle czyste a ja znikniony zbieram krople szkliste dalekie dźwięki nocą uronione co kalekując wędrują przez cienie bez odpoczynku jak mgliste istnienie
Z bezsennych nocy [II]
jeszcze się w mgłach nie topi ulica a śnieżnobiałe przybiera istnienia i gdzieś za zakrętem u kresu patrzenia wezbrana galopem królewska konnica niweczy światło cichego księżyca ślizga się w chmurach podobnych do ziemi raz blednie w nicości a raz się rumieni posyła w dolinę skamieniałe lica nie wiem czy gdzieś dotrą i czy coś odmienią walecznych posłańców utrwalone jazdy wchodząc w przestworza tak jak w ręce drzazgi czy się nakryją bezładną przestrzenią
Erotyk wieczorny
spójrz siedzę przy tobie i nie chcę słów wystarczy mi twoja twarz smutna zmieszana z kolorem mebli płynąca w strumieniu włączonej pralki zobacz już twoje ramiona półnagie nie naglą do grzechu nie otwiera się żadna słodycz wspomniana bezbarwnym wzrokiem widzę twoje piersi a milczę bezkreśnie nie grają nam sosny wyrosłe w pośpiechu ni skrzydeł trzepot nie wsiąka nam w ręce coś tylko jeszcze z ust pozostało coś tak dalekie że już niezgadnięte przyszła ta bliskość tak daleka właśnie że się nie krząta myśl po olśnieniach i siedzimy ze sobą zmyśleni zatarci
Ars
w czernicy powietrznej wychodzą mi z głowy dziwotwory pół-zjawy w otchłani gubiąc wiecznie tę samą treść z ciągle innymi słowy a wszyscy prości i prawi oddają cześć z nocnym półmrokiem na zjaw moich szlaku trwają księżyc i słońce bez ustanku razem zlewają się z moim okiem małe głowy i niekształtne serca ręce na temblaku i chór ten cały nierównym krokiem maszerując bezwiednie wykrzykuje przyśpiewki pijaków
Sny ze zmyślonych nocy
czasami bywa że sny ze zmyślonych nocy leżą pokotem na konturach rzeczy i nie chce się zmącić ich niepoukładania i rzeczy istoty zastyga ruch w skupieniu coraz inny na fotelach i lampach obce jakieś obce kroki tu były jakieś oddechy zostały kuchnia a w kuchni tańce inne niż we śnie wszystko co nieuczesane musi się związać nieładem tworzywem nieznanym
Labirynt
przystojne słowa odnajdźcie w labiryncie z niego alegoria dobra przystojne słowa dwie ślepe ofiary dwie trudne próby pradawny strach pradawna epifania to wszystko w pył obraca t e r a z do niczego nie odsyła niewiele widzi szuka tropów i poszlak wielkomiejskie ścieżki zawsze prowadzą do celu wybór jest pozorny środek zwykle jest tam gdzie być powinien tylko głupcy cieszą się z marnego palimpsestu taniej trawestacji nie byli ofiarami nie będą zwyciężać